My Dyng Bride - "The Angel and the Dark River"

My Dyng Bride - "The Angel and the Dark River"
Gatunek: doom metal
Data premiery: 22.05.1995
Wydawca: Peaceville Records
Pochodzenie: Wielka Brytania
mydyingbride.net

Utwory:
1. The Cry of Mankind
2. From Darkest Skies
3. Black Voyage
4. A Sea to Suffer In
5. Two Winters Only
6. Your Shameful Heaven
7. The Sexuality of Bereavement (bonus)

Skład:
Aaron Stainthorpe - wokal
Andrew Craighan - gitara
Calvin Robertshaw - gitara
Adrian "Ade" Jackson - bas
Martin Powell - instrumenty klawiszowe, skrzypce
Rick Miah - perkusja



Recenzja


Metal Hammer nr 5/1995 (album miesiąca)

My Dyng Bride - "The Angel and the Dark River"
Zagłębiając się w wypowiedzi muzyków My Dying Bride na temat ich najnowszego albumu – „The Angel And The Dark River”, można wyłowić wniosek następujący: największą ich troską jest to, by ten materiał nie podziałał na słuchacza jak środek usypiający. Sprawdziłam – nie działa!!! Ale żarty na bok... Nie jest to płyta, którą poznaje się dokładnie z pierwszym „odsłuchem”. Jest na to zbyt złożona, więc koniecznym wydaje się częste z nią obcowanie i sukcesywne zwiedzanie kolejnych poziomów twórczości MDB. Aczkolwiek ogólne wrażenie jest takie, iż „The Angel...” to spokojna i relaksująca muzyka, na co składa się wiele elementów – bardziej lub mniej typowych dla tego zespołu. Niezawodnie na charakter całości wpływa brzmienie – zdecydowanie lepsze niż na poprzednich wydawnictwach. MDB wreszcie udało się wyeliminować efekt ,,koca na głośnikach” i „trójka” brzmi potężnie, czysto i klarownie. Każdy z instrumentów jest słyszalny idealnie, ale nie wybija się ponad wyznaczoną sobie rolę. Brzmienie „The Angel..” to czysta perfekcja. Duży plus za to!

Na album składa się tylko sześć utworów. Bardzo długich utworów... Ten „najmniejszy” – „A Sea To Suffer In” trwa – bagatela! – 6 minut i 30 sekund. Rekordy obfitości bije otwierający płytę „The Cry Of Mankind”, który dostarcza 12 minut i 13 sekund... niezwykłych wrażeń. Skąpe wokale Aarona opierają się tu na niewykle rozbudowanej treści muzycznej. Ten utwór chyba najlepiej definiuje całą płytę – nie brakuje mu ciężkości, ale i finezji, czy delikatności. Ulotny klimat buduje partia pianina, która przeplata się z rozbieganą gitarą. Obydwa instrumenty prowadzą osobne motywy, to znów splatają się z sobą, by wspinać się w inne części skali po tropach swego „towarzysza”. Zachowują się jak para tancerzy baletowych, którzy tańczą razem, po czym mkną po scenie w solowych popisach, aby ostatecznie do siebie powrócić. Utwór kończy kilkuminutowy, magiczny epilog, gdzie tło dla szumu wiatru i tajemniczego śpiewu tworzy uporczywie powtarzany motyw. Właściwie nie wiadomo, co jest tu pierwszym, a co drugim planem.

„The Cry...” zamiera i oddaje pola następnym utworom, z których każdy jest DZIEŁEM samym w sobie. Histeryczne deklamacje Aarona łagodzi kojąca gra skrzypiec. Motywy klawiszowe potęgują wrażenia i wzmacniają ładunek emocji. Absolutnie metalowe „brudne” gitary podkreślają ciężar brzmienia lub dla odmiany – rysują lekkie wzory na płaszczyznach utworów. Co by nie napisać – ta muzyka jest... DZIWNA. Rację miał Aaron, który to podkreślał. Jest dziwna. Trochę psychotyczna, trochę niepokojąca. Miejscami mroczna, miejscami optymistyczna. Na ogół – spokojna, choć pod kruchą taflą tego spokoju kłębią się emocje. Emocje!!! To słowo klucz, które na „The Angel...” otwiera furtkę do zupełnie innej bajki niż „As The Flower Withers” i „Turn Loose The Swans”.
KK










Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza