AC/DC - "Stiff Upper Lip"

AC/DC - "Stiff Upper Lip"
Gatunek: hard rock
Data premiery: 28.02.2000
Wydawca: Elektra/EMI/Warner Music Poland
Pochodzenie: Australia
www.acdc.com

Utwory:
1. Stiff Upper Lip
2. Meltdown
3. House Of Jazz
4. Hold Me Back
5. Safe In New York City
6. Can't Stand Still
7. Can't Stop Rock'N'Roll
8. Satellite Blues
9. Damned
10. Come And Get It
11. All Screwed Up
12. Give It Up
13. Cyberspace (bonus)

Skład:
Angus Young – gitara prowadząca
Malcolm Young – gitara rytmiczna
Brian Johnson – śpiew
Phil Rudd – perkusja
Cliff Williams – gitara basowa





Recenzja


Metal Hammer nr 3/2000 (ocena: 4,5)

Ameryki tutaj nie odkryję gdy napiszę, że ostatni album AC/DC – „Ballbreaker” – nie był, delikatnie mówiąc – szczytowym osiągnięciem zespołu. W utworach brakowało ognia, więcej – sprawiały wrażenie nagranych na siłę. Mogłoby się wydawać, że po starym, dobrym AC/DC nie pozostało ani śladu. A tu proszę – po kilku latach oczekiwań, kilkakrotnym przesuwaniu premiery i kilku innych niezrozumiałych zabiegach – w końcu trafił do nas nowy album Australijczyków. Napiszę od razu – album, może nie przełomowy w karierze grupy (takie AC/DC dawno już nagrało), ale zawierający porcję naprawdę wyśmienitego „ajcidisowego” grania.

Rozczarują się ci, którzy będą szukać na tej płycie heavy metalowych brzmień... Bracia Young dokonali zabiegu, o jaki mało kto by ich chyba podejrzewał – zapomnieli o latach 80., o takich, mocnych heavy metalowych albumach jak „Back In Black” czy „Blow Up Your Video” i nagrali album bliski „Highway To Hell”... Niespodzianka? Być może, ale wydaje mi się, że muzycy AC/DC już dawno mieli ochotę na taki zmyślny zabieg. Na stare lata muzycy przypomnieli sobie o swoich bluesrockowych korzeniach... żeby nie było wątpliwości – nie ma tutaj jakichś odkrywczych kompozycji, nie ma typowych „ajcidisowych” hitów, jest za to porcja solidnego szczerego, prostego grania.

Jak dla mnie „Stiff Upper Lip” mógłby się zaczynać od drugiego numeru, zatytułowanego „Meltdown” – niby nic wielkiego, ot takie prościutkie boogie, przy którym fajnie wypić piwko albo płynnie zredukować bieg w sportowym samochodzie... Ale jest w tej piosence coś, co sprawia, że nogi same zaczynają się nam poruszać, a głowa rytmicznie się kiwa. To jest właśnie magia AC/DC... No i jeszcze ten zdarty głos Briana Johnsona, który jest jak wino...

Ale to dopiero początek – dalej mamy „House Of Jazz” – mały majstersztyk, z punktowanym basem, oszczędną partią gitary i wpadającym ucho refrenem. Albo ,,Hold Me Back” – jeden z najmocniejszych numerów na płycie, który zaczyna się taktowymi uderzeniami perkusji, do której dołączają kolejne instrumenty, jak można się domyślić – finał tej kompozycji jest bardzo ognisty. Potem kolejna muzyczna perełka – „Safe In New York City” – z nerwowym pulsem basu i dialogami gitar, no i oczywiście niezłym refrenem, w którym umiejętnie wykorzystano nakładki głosu Briana Johnsona. Z kolei „Can't Stand Stil” to niezły przykład radośniejszej twórczości braci Young. Zresztą – gitarowe patenty wykorzystane w tym kawałku zna na pamięć każdy fan AC/DC – jedna gitara gra powtarzającą się partię, w tle zaś drugi instrument dopowiada swoją historię. To wszystko zostało oczywiście podlane bluesrockowym sosem, który zdecydowanie gęstnieje w gitarowych solówkach.

Tak jest do końca – kolejnych numerów po prostu dobrze się słucha. Nie ma tu jakichś muzycznych eksperymentów, jest za to charakterystyczna, łatwo rozpoznawalna muzyka AC/DC.
Darek Świtała




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz