Opeth - "Still Life"

Opeth - "Still Life"
Gatunek: progressive metal
Data premiery: 18.10.1999
Wydawca: Peaceville Records
Pochodzenie: Szwecja
www.facebook.com/Opeth

Utwory:
1. The Moor
2. Godhead's Lament
3. Benighted
4. Moonlapse Vertigo
5. Face of Melinda
6. Serenity Painted Death
7. White Cluster

Skład:
Mikael Åkerfeldt – wokal, gitara
Peter Lindgren – gitara
Martín Méndez – gitara basowa
Martin Lopez – perkusja




Recenzja


Metal Hammer nr 11/1999 (ocena: 5/5)

Czwarta odsłona zespołu tak niezwykle specyficznego, że nie można się spodziewać po Opeth jakiejś normalnej, przeciętnej płyty. Tak jest w istocie, „Still Life” nie jest jakimś tam banalnym heavy, czy doom metalem. Jeżeli zdobędziecie się na odrobinę otwartości oraz cierpliwości i skupienia nad „Still Life”, to gwarantuję wam, że przeżyjecie jedną z najbardziej niesamowitych chwil w waszym życiu. O ile oczywiście muzyka jest dla was jego nieodzownym elementem.

Opeth aż tryska witalnością, pięknem w pozłacanych fasadach artyzmu i sztuki przez duże S. Opeth tętni życiem, choć jest w tym wiele gorzkich słów, wiele płaczącej skargi. To za sprawą genialnego sposobu śpiewu Mikaela, który zasługuje na tej płycie na coś więcej niż tylko pochwałę. Opeth jest waleczny, czasem wręcz gniewny, czasem w tej muzyce słychać lwi ryk, niosący się straszliwym echem pośród nocy, krzyk dopadniętej ofiary, jej ostatnie tchnienie. Opeth jest prawdziwy, nie buduje specjalnymi efektami klimatu, nie daje się ponieść sztucznej atmosferze, a pośród wielu zespołów jest najbardziej naturalnym bandem w północnej części Europy.

Czego więc szukać na „Still Life”? Gwarantuję wam, że nie znajdziecie na tej płycie żadnego monstrum ziejącego ogniem i gniewem, nie porazi was pradawna siła ani magiczny urok. W muzyce Opeth jest magia, nieomylnie... jednak nie polega ona na amuletach, różdżkach i podnoszonych ku niebu mieczach. Na „Still Life” odnajdziecie magię czynów i myśli ludzkich, poznacie doznania, od których na co dzień staracie się uciec.

Opeth powrócił z materiałem nieco refleksyjnym, jednak bezwzględnie szczerym. Tutaj punktów nie wystawia się za wirtuozerię, czy coś stricte składającego się na muzykę. Tutaj muzyka jest niepodzielna, jedyna i prawdziwa. Jeżeli szukacie na „Still Life” czegoś poza piękną, często melancholijną muzyką, to daremny trud. Zresztą ktoś, kto zna poprzednie płyty, nie będzie tak nierozsądny. Nawiasem mówiąc, przy całym szacunku dla każdego z tych trzech poprzedzających „Still Life” albumów, nowy krążek jest najlepszy i najbliższy prawdzie, którą pisze samo życie. 
Dar(e)k


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz