Queen - "The Miracle"

Queen - "The Miracle"
Gatunek: rock
Data premiery: 22.05.2019
Wydawca: Parlophone
Pochodzenie: Wielka Brytania

Utwory:
1. Party
2. Khashoggi's Ship
3. The Miracle
4. I Want It Al
5. The Invilsible Man
6. Breakthru
7. Rain Must Fall
8. Scandal
9. My Baby Does Me
10. Was It All Worth It

Bonusy:
Hang On in There
Chinese Torture
Hijack My Heart
Stealin

Muzycy:
Freddie Mercury – wokal, instrumenty klawiszowe
Brian May – gitary, chórki, instrumenty klawiszowe
Roger Taylor – perksuja, chórki, instrumenty klawiszowe, gitara (5), wokal ("Hijack My Heart")
John Deacon – bas, gitara (1, 5, 7, 9), instrumenty klawiszowe






Recenzje



Magazyn Muzyczny nr 10/1989 (ocena: 10/10)

Cud? Chyba nie, ale niewątpliwie fantastyczna płyta z muzyką pop. Kręta i długa była droga, jaką przewędrował kwartet Queen – od bombastycznych, nadętych, rockowych oper po bardzo rytmiczne, chwytliwe kawałki z „The Miracle”. To zaskakująca ewolucja, ale najtrudniej jest zrobić coś prostego i jednocześnie dobrego.

Album „The Miracle” przypomina znakomicie zorganizowaną wycieczkę w krainę zwaną pop music. Czterech panów (?) w średnim wieku wie na ten temat chyba wszystko, dlatego obcowanie z nimi w roli przewodników to prawdziwa frajda. Freddie Mercury nie musi już nikogo przekonywać o zaletach swego głosu – porażająca jest lekkość, z jaką porusza się on po różnych gatunkach. Nawet kiedy powtarza ciągle cztery zdania będące tekstem soulującego kawałka „My Baby Does Me” jest zwyczajnie niepowtarzalny, a szept w zamykającym pierwszą stronę „The Invisible Man” przywodzi na myśl najlepszego konfidenta.

Na płycie Queen nie mogło, rzecz jasna, zabraknąć sporej dawki heavy metalu. Brian May może służyć za wzór powściągliwości w graniu solówek, które jednocześnie olśniewają swoją intensywnością. W zależności od charakteru utworu, May eksploduje wariackim popisem szybkości lub gra z bluesowym feelingiem, jak w „Khashoggi's Ship”. O tym, jak ważna i sprawna jest sekcja rytmiczna Queen, najlepiej świadczą... nieudane płyty solowe poszczególnych „królówek”.

Repertuarowa beztroska i bezczelność Queen na „The Miracle” warta jest peanów greckich mistrzów. Komu bowiem można byłoby wybaczyć kalkowanie zapomnianej Tiny Charles w ultrapopowym kawałku „Rain Must Fall” lub powtórkę z Giorgio Morodera w wydanym na singlu „Breakthru”. Nikt też nie podrabia tak pięknie beatlesowskich harmonii jak Queen w pacyfistycznym manifeście zatytułowanym „The Miracle”. Na szczęście pozostałe teksty są bardzo lekkie, wręcz frywolne, a dwa wyrazy w „Khashoggi's Ship” uchodzą nawet za „brzydkie”. Wystarczy jednak posłuchać swoistej spowiedzi „Was It All Worth It”, by w kilka minut usłyszeć dosłownie wszystko, co grupa Queen nagrała przez 17 lat istnienia. Aranżacja i wykonanie powalają na kolana.

Queen, niczym Bowie, pokazał, że starsi panowie nadal dyktują rockową modę. Najlepsza płyta z muzyką pop pierwszej połowy 1989. Tak.
Romek Rogowiecki



Non Stop nr 9/1989 (ocena: 3 i 2/3 na 5)

Nowe płyty Queen to od pewnego czasu jak wizyty znajomych, którzy przychodzą z dobrymi wiadomościami. Queen pozostaje sobą, czyli w miarę nowoczesnym zespołem pamiętającym o przeszłości, choć ta pamięć akurat tu jest dość wyraźnie słyszalna, co można odebrać jako ruch usiłujący wyprostować koronę, która troszkę się przekrzywiła na wyboistej drodze rocka lat 80. Stąd czerpanie z rożnych momentów własnej twórczości, stad wykorzystanie fragmentów już kiedyś wykorzystanych, tyle tylko, że tutaj inaczej posklejanych. I elektronika, i trochę akustyki i anielskie chóry, i hard rockowa gitara, i ślady pastiszu, i igraszki z muzyką „poważniejszą” (znaczy nie-rockową). To – wraz z salonową elegancją – było zawsze lub prawie zawsze, ale przecież ostatnio nie w takich proporcjach. W uzupełnieniu powinny paść odwołania całościowe, np. numer tytułowy to nowa wersja „Play The Game”, zaś „My Baby Does Me” nieco przypomina „Cool Cat”.

Cóż, zarysowana wyżej sytuacja zdaje się dowodzić, że kalejdoskop patentów Queen już nie da zapierających dech nowych wzorków, jednak świadczy to o zespole tylko pozornie źle. To prawda, że „The Miracle” nie jest cudem, ale w wyniku nagrania płyty do rzeczy można tym bardziej podziwiać atrakcyjność i siłę osiągnięć sprzed lat, choć koniecznie trzeba odnotować brak ongisiejszej mocy rażenia urokiem (poza tym daje do myślenia fakt, że praktycznie nie ma tu „żyletek”, lecz za to muzycznego banału jest mało i kawałków na pewno chybionych brak).

I po raz kolejny okazało się, iż Queen pieczą obdarza muzykę, a nie słowa. Zespół swe wszystkie utwory ogłosił jako kompozycje zespołowe (a tak drzewiej bywało bardzo, bardzo rzadko – w końcu Queen to kolektyw eksponujący indywidualności), co w połączeniu ze zgrabną okładką zdaje się dowodzić, iż May, Mercury (nadal wyśmienita forma wokalna), Taylor i Deacon to teraz jedność w czterech osobach, zresztą daleko większa niż w węgierskim prezydium.
Jan Skaradziński




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz