Mercyful Fate - "9"

Mercyful Fate - "9"
Gatunek: heavy metal
Data premiery: 15.05.1999
Wydawca: Metal Blade Records
Pochodzenie: Dania
www.facebook.com/mercyfulfateofficial

Utwory:
1. Last Rites
2. Church of Saint Anne
3. Sold My Soul
4. House on the Hill
5. Burn in Hell
6. The Grave
7. Insane
8. Kiss the Demon
9. Buried Alive
10. 9

Skład:
King Diamond - wokal
Hank Shermann - gitara
Mike Wead - gitara
Sharlee D'Angelo - bas
Bjarne T. Holm - perkusja


Znaczenie tytułu


King Diamond: Przede wszystkim jest to dziewiąte duże wydawnictwo Mercyful Fate, wliczając oczywiście „The Beginning” i „Return Of The Vampyre”, które także traktuję jak regularne płyty. Ale poza tym 9 jest magiczną cyfrą, zwróć uwagę, jak często pojawia się ona na płytach Kinga Diamonda. Jak doskonale wiesz, 9 zawsze zatacza koło, pomnożone przez jakąkolwiek cyfrę czy liczbę w efekcie zawsze wraca do tej samej wartości. 9 x 9 jest najprostszym przykładem, wynikiem tego mnożenia jest 81, a 8 + 1 daje 9 – i krąg zostaje zamknięty. Nawet 666 jest efektem pomnożenia 9 przez 74 – i ponownie – 6 + 6 + 6 daje nam 18, a 1+ 8 daje 9. Żadna inna cyfra nie ma takich właściwości. Inkubacja ludzkiego życia zabiera 9 miesięcy, kolejny powód, by zainteresować się tą cyfrą. Wreszcie 9 jest – według idei satanistycznych stworzonych przez La Veya – obdarzona magicznymi możliwościami i uważana jest za satanistyczny symbol.
(Mystic Art nr 7/1999)


Recenzje


Mystic Art nr 7/1999

Mistrz powrócił! Powrócił w wielkim stylu z płytą, która w mojej prywatnej kolekcji jest jedną z trzech najlepszych w dyskografii Mercyful Fate. Pomyślcie tylko – dziewiąta studyjna płyta i nikt nie zjada własnych, starych buciorów, nikt nie odgrzewa parówek sprzed dziesięciu lat i nie każe ich popijać ciepłym piwem, w zamian oferuje wszystko, co najlepsze i najszczersze. Muzykę można grać, bo się po prostu potrafi, a można też grać, bo się ją kocha, czuje jej puls i oddech. Mercyful Fate jest przykładem na obydwie cechy. Są perfekcjonistami jeśli chodzi o warsztat muzyczny – vide popisy solowe Shermanna, vide do krańca możliwości perfekcyjna sekcja, vide wszystkie dźwięki na „9”; są także bezapelacyjnie szczerzy, spontaniczni i wciąż pełni niegasnącej olbrzymiej pasji do grania, do heavy metalu.

„9” jest płytą przebojową, w zdecydowanej większości bez smęcenia, bez melancholijnych, wolnych kawałków, szybko, do przodu z charakterystyczną dla zespołu charyzmą. Rozwiązania aranżacyjne piękne do bólu, dźwięki płyną jednym, wielkim strumieniem, zwartym, potężnym, świadomym celu i świadomym swej siły, raz wzburzone, raz spokojne, bezustannie jednak napięte. Tą muzyką można się zachwycić, śpiewem Kinga zostać zahipnotyzowanym, zresztą właśnie jemu powinna być poświęcona oddzielna recenzja – Mistrz osiągnął tu absolutne apogeum swoich umiejętności, jego głos przechodzi setki mutacji, zahacza o najwyższe rejony, by niepostrzeżenie zejść w najniższe, to co wyczynia jest po prostu niepowtarzalne i właściwe tylko jemu. (…)

Uświadommy sobie jednak jeszcze raz – Mercyful Fate i King Diamond to żywa legenda heavy metalu, legenda, która wywarła olbrzymi wpływ na wizerunek całej sceny metalowej, legenda, której życzę przetrwania następnych dziesięciu latu! Hail.
Michał Wardzała



Metal Hammer nr 7/1999 (ocena: 5)

Okładka „9” śmiało nawiązuje do graficznej stylistyki „Don't Break The Oath”. Na szczęście podobnie sprawa ma się z muzyką. Oczywiście „9” nie burzy jakichś muzycznych barier – King Diamond i Hank Shermann już do końca świata będą chyba pisać podobną muzykę – ale ten nowy materiał Mercyful Fate jest po prostu bardzo dobry.

Na początek – szalenie zakręcony „Last Rites”, który King i spółka zaprezentowali podczas czerwcowego koncertu w Warszawie. Szybkie tempo, demoniczny wokal i sabbathowe rifty, czyli – esencja stylu Mercyful Fate. Ale myli się ten, kto myśli, że ta muzyka trąci myszką. Cały materiał jest bardzo nowocześnie zrobiony i to zarówno pod względem produkcji, jak i gitarowych patentów. Nie ma tu jakichś zapożyczeń na siłę – wszystko idealnie pasuje do stylu MF. Oczywiście chłopaki mieszają jak mogą – w „Sold My Soul” pojawia się basowe intro, a momentami Diamond śpiewa niczym Ozzy Osbourne, w „House On The Hill” gitarowe popisy Mike'a Weada przyprawiają o gęsią skórkę, a „The Grave” gna do przodu niczym Judasowy Jugulator – ale ani przez moment nie potrafimy zapomnieć, że to jednak Mercyful Fate. Tym bardziej, że teksty wyśpiewywane przez Kinga i tym razem mogą przyprawić o zawał pierwszą lepszą bogobojna staruszkę – sformułowania typu „zaprzedałem duszę szatanowi”, „nie wierzę w niebo, nie wierzę w piekło” czy „stoję na krawędzi twojego grobu” są tu na porządku dziennym. Cóż – świat się zmienia, ale Diamond na pewno pozostał sobą, ciągle chce prowokować i ciągle mu się to udaje.

Muzyka z „9” absolutnie nie robi wrażenia stworzonej na siłę – jest w niej TA specyficzna moc, która sprawia, że kiedy słuchamy jej w ciemności, robi nam się jednak trochę nieswojo.
Darek Świtała

Porównaj ceny płyty










Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza