Slayer - "Diabolus in Musica"

Slayer - "Diabolus in Musica"
Gatunek: thrash metal
Data premiery: 9.06.1998
Wydawca: American Recordings
Pochodzenie: USA
Porównaj ceny

Skład:
Tom Araya – wokal, bas
Kerry King – gitara
Jeff Hanneman – gitara
Paul Bostaph – perkusja

Utwory:
1. Bitter Peace
2. Death's Head
3. Stain of Mind
4. Overt Enemy
5. Perversions of Pain
6. Love to Hate
7. Desire
8. In the Name of God
9. Scrum
10. Screaming from the Sky
11. Point

Muzyka: Jeff Hanneman - wszystkie utwory oprócz "In the Name of God" - Kerry King
Teksty: 1,2,4 - Jeff Hanneman, 3,5,8,9,11 - Kerry King, 7 - Tom Araya, 6 - Hanneman/King, 10 - Hanneman/Araya/King

Utwory bonusowe:
Wicked (sł. Araya/Bostaph, muz. Hanneman/King)
Unguarded Instinct (sł. King, muz. Hanneman)

Produkcja: Rick Rubin

www.slayer.net






O utworach


Kerry King (1):

„Bitter Peace” - ten akurat tekst został napisany przez Jeffa – jest jednym z numerów na tej płycie mówiących o wojnie. Zawsze pisaliśmy o sprawach związanych z wojną.

„Death's Head” - chyba drugi numer na płycie, kolejny z tekstem Jeffa, i... hm... naprawdę nie mam pojęcia co miał na myśli, pisząc go.

„Stain Of Mind” został napisany przeze mnie i mówi o istocie, która przynosi ludziom cierpienie i jest odpowiedzialna za cały ból na tej planecie. Do kogo taki ktoś mógłby być podobny?... Niech pomyślę... napisałem kilka kawałków, których tematykę mógłbyś wyprowadzić wprost od „Hellraiser”. (...) „Stain Of Mind" jest w pewnym sensie podobna do „Perversions Of Pain”. Są to dwa różne numery, ale z pewnością możesz zauważyć, że oba powstały pod bezpośrednim wpływem „Hellraiser”.

„Point” to kolejny tekst o wojnie - celujesz do drugiego faceta na polu bitwy, walka wręcz…

„Desire” został napisany przez Toma. Mówi o parze, w której facet kręcił z inną na boku, w końcu jego kobieta zabija jego kochankę.

„In the Name of God” - to chyba najbardziej satanistyczny utwór, jaki kiedykolwiek napisałem.




O okładce



Kerry King (1):
Chcieliśmy, żeby to było jakieś zdjęcie. Dziewczyna, która miała trzasnąć dla nas parę fotek, dostała od nas tytuły naszych utworów i kilka tekstów z nowej płyty. Chcieliśmy, żeby mniej więcej zorientowała się, o co nam chodzi i żeby to w jakiś sposób ją zainspirowało do zrobienia jakichś odjechanych obrazków. Gdy po pewnym czasie przyszła do nas i pokazała nam te fotki, to okazało się, że jest to bardzo szokujący materiał, ukazujący bardzo drastyczne rzeczy. Pomyślałem sobie, że przecież zrobiliśmy coś w tym rodzaju już na naszej ostatniej płycie, gdzie zamieściliśmy zdjęcia przedstawiające coś szokującego a jednocześnie absolutnie prawdziwego. Poza tym zrobiło to tak wiele zespołów, że nie wygląda to już interesująco. Byłaby to jedynie jedna z wielu takich samych okładek. To miało kiedyś swoje dni, ale one już przeminęły i nie warto do nich wracać. Przełożyliśmy więc prawie wszystkie zdjęcia i na dwóch ostatnich zobaczyliśmy tego faceta, który jest na okładce. Te dwie fotki niesamowicie mocno wyróżniały się z całej reszty - nie były szokujące, ale za to wyglądały upiornie. Spojrzałem na nie i stwierdziłem, że ten facet mógłby straszyć swoją gębą.

(1) Metal Hammer nr 6/1998



Recenzje


Metal Hammer nr 8/1998 (ocena: 6/5):

Zgrzeszyłem... Moja wina... Wybaczcie, panowie Araya, Bostaph, King i Hanneman. Wybaczcie, że po pierwszych przesłuchaniach wyrzuciłem Waszą płytę, bo stwierdziłem, że Slayer się skończył. Po prostu nie byłem w stanie objąć tego albumu. Dziś nie opuszcza on mojego odtwarzacza. I myślę że tak będzie jeszcze długo. Moja rada na początek - posłuchajcie „Diabolus” uważnie parę lub paręnaście razy.

W wymiarach Slayerowych dzieł można tę płytę porównać do „Reign In Blood”. Panowie chyba przesłuchali wszystkie swoje płyty, pozbierali najbardziej zajebiste ich fragmenty i dbając o świeżość i nowość - nagrali kolejny element dla wszystkich metalowych kapel na parę lat w przód. Po tej płycie można już nareszcie powiedzieć, że pozbierali się po odejściu Dave'a Lombardo. Paul Bostaph jest kapitalnym perkusistą i nieprzeciętnym technikiem, ale miałem wrażenie, że na „Divine” trochę odstawał od reszty. Ale za to „Gemini” z „Undisputted” to już było to, o czym mówię w związku z ,,Diabolus”.

Nowy Slayer jest bardziej energetyczny (nie znaczy to tylko szybszy) i o wiele bardziej ciężki. Pojawiło się to, co uciekło po „South Of Heaven”. Nie ma co porównywać poprzednich płyt, bo w wypadku nowej widać, jak bardzo Slayer poszedł do przodu. Po nagraniu dwóch bardzo krótkich płyt, nowa zajęła ponad 45 minut. I co my tu mamy? Zajebiste dopierdulki w najmniej spodziewanych miejscach, kurewsko ciężkie zwolnienia i genialne galopady na dwie stopy - Bostaph nie był nigdy w lepszej formie! Brzmienie perkusji to osobny rozdział wspaniałości dzisiejszej techniki i możliwości studia nagraniowego. No i tradycyjnie - opętańcze darcie się Arayi na tle jego (nieraz bardzo przesterowanego) basu, bardziej chore niż zwykle partie Kinga (nie tylko solowe) i nie mniej schizofreniczne wręcz progresje Jeffa H. A swoją drogą to dobrze, że przynajmniej Oni nie zapomnieli, jak się gra solówki. W „In The Name Of God” są gitary porównywalne w ciężarze do Pantery (tej ostatniej). Podobało się wam napierdalanie takie jak „Dittohead”? To posłuchajcie „Bitter Peace” albo „Scrum” - buty wam spadną! Nie ma wątpliwości - w odróżnieniu od tzw. „nowej” Metalliki możecie być pewni na 100%, że Slayer nadal nie spodoba się waszym rodzicom! King & Hanneman mieli już w swoim dorobku „chore” harmonie, ale wierzcie mi – nie słyszeliście wszystkiego! To płyta tylko dla maniaków apokaliptycznej agresji muzyki, reszta może iść na kawę.



Morbid Noizz nr 3/1998 (ocena: 8/10):

Co by nie napisać i tak będzie źle. Dla jednych SLAYER to bogowie i kochają ich bez opamiętania dla innych ostatnie dokonania są niczym, a jeszcze dla innych ten zespół mógłby nie istnieć. (…)

Z wielkimi obawami zaczynam ostrożnie słuchać nowego materiału. Zaczynają, jak na razie pierwszy utwór przypomina dokonania z „Divine Intervention”. No może będzie ok., a pogłoski o zmianie stylu na bardziej industrialny nie zostaną potwierdzone. Cóż, już dwójka, notabene umieszczona na singlu promującym album bardzo mnie rozczarowała. „Stain Of Mind” to coś co zupełnie nie pasuje do stylu Slayer, bardziej przypomina dokonania Suicidal Tendencies. Drodzy maniacy nie załamujcie się zupełnie. Choć Slayer przeszedł przemiany industrialno-metalowe, to nadal jest to Slayer, ale odświeżony. Może to i dobrze. 11 utworów, jest w czym wybierać. Ja osobiście twierdzę, że „Diabolus in Musica” jest znacznie gorszą płytą od opluwanej „Divine Intervention”, ale na pewno znacznie lepszą niż płyta zawierająca covery.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz