Morbid Angel - "Covenant"

Morbid Angel - "Covenant"
Gatunek: death metal
Data premiery: 22.06.1993
Wydawca: Earache Records
Pochodzenie: USA
Porównaj ceny

Utwory:
1. Rapture
2. Pain Divine
3. World of Shit (The Promised Land)
4. Vengeance Is Mine
5. Lions Den
6. Blood on My Hands
7. Angel of Disease
8. Sworn to the Black
9. Nar Mattaru
10. God of Emptiness

Skład:
David Vincent – wokal, bas
Trey Azagthoth – gitary, instrumenty klawiszowe
Pete Sandoval – perkusja

Produkcja: Flemming Rasmussen, Morbid Angel
Nagrań dokonano w Morrisound Studios w Tampa na Florydzie.

www.morbidangel.com
www.facebook.com/officialmorbidangelpage


Teledyski








Cały album






Recenzja


Thrash 'Em All nr 9/1993 (ocena: 12/12):

Zawrzeć układ ze śmiercią mogą tylko ludzie ponadprzeciętni, wybrani, naznaczeni, mistrzowie... MORBID ANGEL zawarł Układ dość dawno, Układ, który dał im piekielną moc i nietykalność. Na początku Układ wydawał się niezrozumiały, nieprzyswajalny. Układ istniał tylko dla wtajemniczonych, dla tych, którzy czekali i wierzyli w potęgę Aniołów. Dopiero po otwarciu się na nowe dźwięki, po zaślubinach duszy z muzą, po nadzwyczajnym uwierzeniu prostych słuchaczy, “Covenant” wydał się płytą ponad płyty! MORBID ANGEL stworzył trzeci album dla nas wszystkich po to, by uwierzyć w siłę, brutalność i tajemniczość. Taka jest nowa płyta bogów z Florydy, bogów nad bogi?!

Powierzenie produkcji Flemmingowi Rasmussenowi, nagrywanie materiału w Morrisound Studio z Tomem Morrisem, miksowanie w Europie... Sporo zamieszania, ale efekt jest naprawdę doskonały. Produkcja, na pierwsze ucho dziwna i nieprzekonywująca, po dokładnym przesłuchaniu okazuje się, że to nowa droga do brutalności, nowe spojrzenie na obróbkę death metalu, odważne zawierzenie swoim umiejętnościom. David Vincent wypowiada się o tej płycie, że jest to album Pete’a Sandovala, płyta perkusyjna. Jest w tym wiele prawdy, gdyż mistrzostwo Pete’a jest bezapelacyjne, gra doprawdy perfekcyjna i szalona. Brzmienie akustyczne perkusji może niektórych zmylić, ale wsłuchajcie się w potęgę i szybkość, w dynamikę i czad stworzony nie przez komputer i sampling! To żywe walenie żywego bębniarza. Ta płyta jest również albumem gitar, które w rękach Treya brzmią niezwykle dojrzale, oryginalnie i jadowicie. Nowy pomysł na niektóre partie solowe, obłąkane riffy, prosty środek do sukcesu, oprzeć strukturę utworu na dwóch-trzech uderzeniach, ale jakich! Taką muzykę może wymyślić tylko ktoś spoza... Z tamtej strony ....

Głos na “Covenant" to zupełnie oddzielna sprawa, tutaj surowy krzyk, niezwykle pierwotny i przeraźliwy, na zakończenie niespodzianka w “God Of Emptiness”, gdzie Dave śpiewa... Śpiewa....?! Dla kogo? Być może w imię tegoż Układu?

Cała płyta to rzecz arcyciekawa, zasługująca tylko na najwyższą ocenę. Polecam przede wszystkim sztandarowy, otwierający “Rapture”, “Lions Den” oraz “Sworn To The Black” i wieńczący “God Of Emptiness”. Do usłyszenia następnym razem, może po tamtej stronie?...
Mariusz Kmiołek







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz