Kreator - "Gods of Violence" - recenzja

Kreator - "Gods of Violence" - recenzja
Gatunek: thrash metal
Data premiery: 27.01.2017
Wydawca: Nuclear Blast
Pochodzenie: Niemcy
www.kreator-terrorzone.de

Ta płyta wywołała sporo kontrowersji jeszcze przed jej wydaniem, za sprawą dwóch przedpremierowo ujawnionych singli. Po ukazaniu się albumu kontrowersje tylko się nasiliły, bo okazało się, że Kreator tym razem przygotował dla nas kilka niespodzianek, które nie wszystkim się spodobały. Niektórym po prostu nie pasuje, że niemieccy weterani thrash metalu zaczęli grać bardziej melodyjnie. Że już nie tak agresywnie i bezkompromisowo jak wcześniej, że jakiś power metal. „Dystopia” Megadeth i „For All Kings” Anthrax też nie są tak thrashowe jak odpowiednio „Rust in Peace” i „Among the Living”, a jednak spotkały się z na ogół bardzo ciepłym przyjęciem fanów. A „Gods of Violence” w porównaniu do ostatnich produkcji obu reprezentantów tzw. wielkiej czwórki thrash metalu ma jednak więcej agresji, więcej typowo thrashowych riffów i co najmniej w połowie utworów jest szybsza. W czym więc problem? Kwestia oczekiwań. Skoro Kreator grał bardziej bezkompromisowo i bliżej było mu do Slayera, to przecież zobowiązuje. Ale zaraz, zaraz... Zapomnieliście, co robili w latach 90.? Od zespołu, który nagrał takie rzeczy jak „Renewal”, „Outcast” czy „Endorama” (już pomijając, czy były dobre, czy złe), wręcz głupio byłoby oczekiwać, że będzie grał wciąż tak samo. Zresztą „Gods of Violence” to wciąż Kreator, wcale nie tak odległy od dwóch poprzednich produkcji, momentami nawiązuje również do klasycznych wydawnictw z lat 80.

„Apocalypticon” to najlepsze intro, jakie otwierało album Kreatora. Co z tego, że pasuje bardziej do symfonicznego metalu? Pierwszy pełnoprawny utwór, „World War Now”, atakuje szybkością, agresją i kapitalnym, rozbudowanym riffem (to znak rozpoznawczy zespołu) – tu chyba nikt nie powinien narzekać. W środku robi się melodyjniej, w tle pobrzmiewają akustyczne gitary, ale końcówka znów jest typowo thrashmetalowa. „Satan Is Real” jest wolniejszy, ale perkusista zdecydowanie się nie nudzi, zwłaszcza w trakcie głównego riffu (podwójna stopa), który jeśli nie jest thrashowy, to ja już nie wiem, jaki jest. „Totalitarian Terror” to dość typowy jak na Kreator szybki numer, tyle że z bardziej melodyjnym refrenem. Tytułowy „Gods of Violence” rozpoczyna się od akustycznego intro, którego fragment został podkradziony z „Fade to Black” Metalliki, a potem znowu szybka jazda plus kolejny świetny, techniczny riff i skandowany refren, który pewnie świetnie przyjmie się na koncertach. „Army of Storms” to po części takie przyspieszone „Violent Revolution” – podobnie się zaczyna, a zwrotka opiera się na podobnym patencie, czyli trzy wersy wykrzyczane na tym samym tonie i czwarty wyżej.



Pierwszych pięć kompozycji to klasyczny Kreator, jak w mordę strzelił. W drugiej połowie jest za to więcej ukłonów w stronę tradycyjnego heavy metalu. „Hail to the Hordes” to tak naprawdę pierwszy i jedyny w pełni powermetalowy kawałek na „Gods of Violence”. W przeciwieństwie do większości utworów grupy, oparty jest na bardzo melodyjnym motywie – taki główny riff na gitarze prowadzącej podparty tym samym motywem granym na gitarze rytmicznej to rzeczywiście domena zespołów grających power metal. Do tego chwytliwy, śpiewany, a nie krzyczany refren i kroczący rytm czynią z niego metalowy hymn i zdecydowanie najbardziej przebojowy fragment krążka, co wcale mi nie przeszkadza, bo taki właśnie miał być. Utwór jest dedykowany fanom czy, mówiąc ogólniej, metalowej społeczności. Intro do „Lion with Eagle Wings” może się wydawać radosne jak dźwięk pozytywki (którą słychać też w końcówce), dopóki nie odzywa się Mille Petrozza melodeklamujący tekst tłumionym szepto-growlem, ostatecznie przechodzącym w krzyk. Melancholijny, zaśpiewany częściowo po niemiecku „Fallen Brother” to najprostszy numer na albumie, klasycznie heavymetalowy, trochę w stylu Judas Priest. „Side By Side” rozpoczyna się od histerycznego krzyku i szybko pędzi do zwrotki, obiecując bardzo agresywny, stuprocentowo thrashowy utwór, jednak refren brzmi, jak pożyczony od Hammerfall. Ale tak jak w przypadku „Hail to the Hordes” muszę zaznaczyć, że to nie jest zarzut. Płytę zamyka najdłuższa, najbardziej rozbudowana, epicka wręcz kompozycja „Death Becomes My Light”, z prawie balladowym początkiem i końcem, w których można usłyszeć śpiewającego Petrozzę. Klimatem momentami trochę kojarzy się z „Endoramą”, choć tam nie było tak dobrego kawałka.


Nie ma tu złych utworów, prawie każdy jest dobrze przemyślany i dopracowany, choć na tle całości nieco słabiej wypadają „Satan Is Real” i „Fallen Brother”. To, co niektórym tak przeszkadza, czyli melodyjne sola, gitara prowadząca w refrenach i ironowe harmonie, można było już usłyszeć na poprzednich dwóch krążkach, teraz jest tego po prostu więcej. Ale to wszystko w dalszym ciągu, w połączeniu z orkiestrowymi smaczkami i wykorzystaniem innych instrumentów (jak chociażby dudy w „Hail to the Hordes” czy sitar w kompozycji tytułowej), stanowi aranżacyjne dodatki, które odświeżają i wzbogacają dość wyeksploatowany już styl kapeli, dlatego ja zaliczam je na plus. Tak samo jak to, że zamiast dziesięciu takich samych kawałków otrzymaliśmy dziesięć bardzo różnych, jednak układających się w pewną spójną całość.


Jest kilka młodych dobrych zespołów, które grają tak bezkompromisowo i agresywnie jak Kreator grał kiedyś. Ale co z tego, skoro one nie wnoszą do gatunku nic nowego i najczęściej bazują jedynie na nostalgii, trudno więc mówić o świeżej krwi. Jest też kilku starych wyjadaczy, którzy „grają swoje”, wypuszczając raz lepszej, raz gorszej jakości produkcje, które jednak zazwyczaj są kolejnymi wersjami tego, co już dobrze znamy. I jest Kreator, który pokazał, ze można wyjść poza ciasne ramy swojego stylu, jednocześnie go nie porzucając.



Płyta, jak każda inna, może się podobać lub nie, z różnych powodów. Ale argument, że jest za mało thrashowa, to żaden argument, taki sam zresztą jak w przypadku Metalliki i innych kapel, które ośmieliły się zagrać melodyjniej lub po prostu inaczej. Od kiedy o wartości muzyki przesądza zawartość konkretnych gatunków? Wydaje się to oczywiste, ale niestety wciąż nie dla każdego. Tu nie chodzi o to, czy to jest jeszcze thrash, czy już bardziej power metal, jak uważają niektórzy, moim zdaniem na wyrost. Porzućmy etykietki, bo najważniejsze jest to, czy zespół ma jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Ma i to znacznie więcej niż Testament na „Brotherhood of the Snake”, który to album początkowo powala czadem i energią, ale po kilku przesłuchaniach okazuje się, że trochę jednak zabrakło pomysłów, a tego akurat nie można zarzucić „Gods of Violence”. Zarówno elementy czysto thrashowe, jak i te typowo heavymetalowe są na naprawdę wysokim poziomie i doskonale się uzupełniają. Do brzmienia też trudno się przyczepić (może tylko bas mógłby być lepiej słyszalny), tak samo jak do formy wokalnej Mille Petrozzy. Dlatego nie ma żadnych racjonalnych powodów (o emocjonalnych nie mówimy), żeby oceniać tę płytę niżej od choćby „Phantom Antichrist” czy „Enemy of God”. I myślę, że poza garstką najgłośniej krzyczących malkontentów, ten krążek spełni oczekiwania zarówno starych, jak i nowszych fanów. Tak czy inaczej, chciałbym, żeby każdy zespół na swoim czternastym albumie prezentował taki poziom.

Podobne artykuły:
Overkill - "The Grinding Wheel" - recenzja
Sepultura - "Machine Messiah" - recenzja
Metallica - "Hardwired... To Self-Destruct" - recenzja

1 komentarz:

  1. super płyta nie mogę przestać jej słuchać zgadzam się z recenzją każdy utwór naprawdę bardzo dobry

    OdpowiedzUsuń