Sepultura - "Machine Messiah" - recenzja

Sepultura - "Machine Messiah"
Gatunek: thrash/groove metal
Data premiery: 13.01.2016
Wydawca: Nuclear Blast
Pochodzenie: Brazylia
sepultura.com.br

Nie spodziewałem się, że będę mógł jeszcze napisać coś tak pozytywnego o płycie Sepultury. Nie da się ukryć, że po odejściu Maxa Cavalery muzyka Brazylijczyków straciła na jakości. Wprawdzie na ostatnich dwóch-trzech albumach można zauważyć stopniowy powrót do formy, jednak wciąż czegoś brakowało. Po ich kolejne krążki sięgałem więc raczej z ciekawości i sentymentu, nie spodziewając się niczego na miarę starych dokonań. Problem w tym, że ostatnie produkcje Soulfly, a także forma sceniczna Maxa też zostawiają wiele do życzenia. Kolaboracja z bratem Igorem pod szyldem Cavalera Conspiracy też szału nie robi, tak samo jak odgrywanie po 20 latach całego „Roots” – żeby to jeszcze było zagrane z taką werwą jak 20 lat temu, ale niestety słychać, że panowie się starzeją, nie ten głos, nie ta energia. A w Sepulturze przeciwnie – nowe wydawnictwo to powiew świeżości i zwrot w zupełnie innym kierunku niż jego poprzednik. „Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart” był bardzo brutalny, w wielu miejscach po prostu deathmetalowy, tym razem zespół poszedł w zupełnie innym kierunku. Słychać to od samego początku.

Płytę otwiera tytułowy „Machine Messiah” – najwolniejszy utwór w zestawie, będący czymś w rodzaju intro, choć to pełnoprawny, blisko 6-minutowy numer. Pierwsze zaskoczenie: Derrick Green śpiewa czystym głosem! Dla odmiany kolejny – „I Am the Enemy” to jeden z najszybszych i najagresywniejszych kawałków na albumie. Tu już słyszymy tę thrashowo-hardcore'ową Sepulturę, jaką dobrze znamy. Ale nie na długo, bo każda kompozycja ma w sobie coś innego, co czyni go wyjątkowym i aż trudno wskazać ten najlepszy. Bliskowschodnie motywy w „Phantom Self” i „Resistant Parasites”, akustyczna gitara w instrumentalnym „Iceberg Dances”, orkiestracje wprowadzające podniosły nastrój w „Sworn Oath” (do tego bardzo chwytliwy refren), typowo thrashowy riff rozpoczynający „Vandals Nest”, wspomniany już czysty śpiew również w zamykającym „Cyber God” – takiego utworu można by się spodziewać raczej po Fear Factory (zresztą sam tytuł też do nich pasuje).



Na „Machine Messiah” znajdziemy ponadto trochę zagrywek charakterystycznych dla współczesnego progresywnego metalu, tradycyjne brazylijskie rytmy i parę innych elementów, które warto odkryć samemu. Jest też sporo odwołań do przeszłości, ale nie ma się wrażenia wtórności, tylko rozwoju. Duża w tym zasługa nowego producenta Jensa Bogrena, który odświeżył brzmienie kapeli i powtykał tu i ówdzie różne aranżacyjne smaczki. Świetną robotę na gitarze wykonał Andreas Kisser i to zarówno w temacie riffów, jak i solówek. Pochwalić muszę również perkusistę – Eloy Casagrande zastosował kilka ciekawych rozwiązań, które bardzo przykuwają uwagę. Tym razem panowie naprawdę się postarali i udowodnili, że bez braci założycieli wciąż zasługują na posługiwanie się nazwą Sepultura. Max ostatnimi czasy wygadywał w mediach różne nieprzyjemne rzeczy na temat byłych kolegów, m.in. że zamiast odchodzić z zespołu, należało „zwolnić tych dupków”. „Machine Messiah” to świetna odpowiedź na jego słowa, która powinna zamknąć mu usta. Najlepszy album z Derrickiem i nadzieja na coś jeszcze lepszego w przyszłości.

Podobne artykuły:
Kreator - "Gods of Violence" - recenzja
Overkill - "The Grinding Wheel" - recenzja
Metallica - "Hardwired... To Self-Destruct" - recenzja


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz