Acid Drinkers - "Peep Show" - recenzja + odsłuch

Acid Drinkers - "Peep Show"
Gatunek: thrash metal/crossover
Data premiery: 23.09.2016
Wydawca: Makumba Music
Pochodzenie: Polska
www.facebook.com/aciddrinkers

„Peep Show”, czyli „Paralysing, Expansive, Energetic Power Show”, to już piętnasty autorski album Acid Drinkers, który, jak zapowiadał Titus, można postawić obok „Verses of Steel” i „Infernal Connection”. Rzeczywiście, w dużym uproszczeniu, jest to wypadkowa tych dwóch krążków. Brutalność i nowoczesne brzmienie „Wersetów” Kwasożłopy połączyły z młodzieńczą energią i chwytliwością „Infernala”. Słychać też nawiązania do „Broken Head” i „High Proof Cosmic Milk”, czyli wszystkich tych najbardziej bezkompromisowych wydawnictw Acidów. Ale już taki „Heavenly Hellfucker” ma riff przypominający ten z „Del Rocca” z „Are You a Rebel?”. Jest tu zatem wszystko co najlepsze z wcześniejszych dokonań grupy.

Nie da się też ukryć, że poznaniacy są bardzo osłuchani z tym, co dzieje się we współczesnym ciężkim graniu i przekuwają to na swoją modłę. Robili tak właściwie od zawsze, średnio co druga ich płyta jest odpowiedzią na to, co w danej chwili gra się na świecie z naciskiem na nowoczesny thrash, groove i crossover, jednak przez ostatnie lata było mało kwasu w kwasie. Tym razem wreszcie wszystko jest na swoim miejscu i słychać, że to przede wszystkim Acid Drinkers. Ostry, niepokorny, ale też wariacki (choć już nie jajcarski) i bardzo chwytliwy. Wystarczy posłuchać chociażby „Thy Will Be Done” z kapitalnym refrenem czy „50?! Don't Slow Down” (czyżby utwór autobiograficzny? Titusowi za rok stuknie pięćdziesiątka), który spokojnie mógłby się znaleźć na „Infernal Connection”. „Peep Show” to jeden z najmocniejszych i najszybszych albumów Titusa i spółki, a przy okazji najlepszy od… sam nie wiem od jak dawna.



W większości kawałków Acidzi pędzą na złamanie karku, generując maksymalny czad od początku prawie do samego końca. Gdzieniegdzie pojawia się tylko krótkie ostudzenie emocji w środku kompozycji (spokojniejsze sola w "Become a Bitch" i "Thy Will Be Done"). Prawdziwe wytchnienie daje jednak dopiero ostatni numer - „After the Vulture” ze śpiewającym , a nie drącym się Titusem (ale tylko w zwrotce), przestrzennymi gitarami i bluesową solówką. Słychać echa „Acidofilii”. Po takim uspokojeniu aż prosi się o jeszcze jeden kop w twarz na koniec. Ale Acidzi lubią kończyć płyty najłagodniejszym utworem („Flooded with Wine”, „Midnight Visitor” czy wspomniana „Acidofilia” też były na końcu). Zawsze można sobie włączyć „Peep Show” jeszcze raz i otrzymać znowu 10 strzałów w papę. Tak właśnie mam ochotę robić za każdym razem, gdy ten album dobiegnie końca. Pasujeee? Jak cholera!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz