Nymphill - "Fractum Lux" - recenzja

Nymphill - "Fractum Lux"
Gatunek: symphonic heavy metal
Data premiery: 23.03.2016
Wydawca: wydanie własne
Pochodzenie: Polska

Wrocławski Nymphill gra symfoniczny heavy metal z kobiecym wokalem. Grupa powstała w 2009 roku, ma na koncie jedno demo, a w marcu 2016 ukazał się album „Fractum Lux”. Płyta zawiera tylko sześć utworów (formalnie jest to więc EP), ale każdy prezentuje zespół od trochę innej strony i w zasadzie nie ma tu słabych momentów.

Już pierwszy kawałek – „Comrade in Arms” – zawiera sporo ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. Zaczyna się od intro, w którym spokojne symfoniczne partie i słowa wypowiadane przez męski głos kontrastują z wystrzałami armatnimi. Po ponad minucie wchodzą mocne metalowe gitary, które milkną w refrenie. W drugiej połowie następuje spokojny, akustyczny fragment i znów mocniejsze zakończenie z chóralnymi wokalami. Dalej jest jeszcze lepiej. Kompozycje są przemyślane i starannie zaaranżowane. Partie klawiszy na początku tytułowego „Fractum Lux” przypominają trochę Nightwish. Z kolei początek „Cruise to the Dreamworld” kojarzy się z muzyką do „Piratów z Karaibów”, a szum fal i odgłosy mew tylko pogłębiają wrażenie, że mamy do czynienia ze ścieżką dźwiękową do jakiegoś filmu przygodowego, którego akcja rozgrywa się na morzu. W najmocniejszym i najbardziej przebojowym numerze – „Victoria” – swoje pięć minut mają gitarzyści, a punktem kulminacyjnym jest ich solówkowy dialog. Panowie wiedzą, jak używać swoich instrumentów, ale ani tu, ani na całej płycie nie ma zwykłych popisów umiejętności i grania dla samego grania. Muzycy zachowują odpowiednie proporcje między techniką a melodią i zawsze dostosowują swoje partie do klimatu utworu. Słychać, że muzyka współgra z tematyką tekstów i to się chwali. 



Pochwalić należy również harmonie wokalne – choć może nie wszystkie całkiem udane, to jednak doceniam ich obecność, bo to rzadkość w przypadku dzisiejszych młodych kapel. Jednocześnie do wokalu muszę się też przyczepić – Andżelika Mrozowicz śpiewa zbyt delikatnie, momentami bardziej przypomina to nucenie. W spokojnych fragmentach jest to jeszcze do przyjęcia, a nawet ma swój urok, ale w mocniejszych (zwłaszcza w „Victoria”) zdecydowanie brakuje jej pary i muzyka ją trochę przyćmiewa, a przecież powinno być odwrotnie (częściowo, ale podkreślam: częściowo może być to też wina miksu). Z drugiej strony, gdy już próbuje śpiewać trochę mocniej, też nie brzmi przekonująco. I w żadnym wypadku nie uważam, że powinna zacząć krzyczeć, a po prostu popracować nad artykulacją i siłą głosu. Właśnie wokal jest powodem, dla którego album „nie podszedł” mi przy pierwszych przesłuchaniach, mimo że muzyka jest bardzo chwytliwa. Ale są i momenty, w których Andżelika potrafi urzec swoim głosem, na przykład w „Cruise to the Dreamworld” (zwrotki i zakończenia fraz w refrenie). Najlepiej pod tym względem wypada jedyny polskojęzyczny utwór – „Cisza”. Wokalistka śpiewa bardzo emocjonalnie i pokazuje więcej barw niż we wszystkich innych kawałkach razem wziętych. Są emocje, jest interpretacja tekstu. Może to kwestia kompozycji, a może warto odwrócić proporcje i śpiewać więcej po polsku? Zwłaszcza że tekst „Ciszy” bynajmniej nie jest powodem do wstydu. 



O brzmieniu nie będę się specjalnie wypowiadał, bo grupa wydała krążek własnym sumptem, budżet był więc ograniczony i to słychać. O wiele ważniejsze są same kompozycje i tu dostrzegam ogromny potencjał. Życzę zespołowi, żeby w przyszłości miał możliwość nagrania płyty z prawdziwą orkiestrą i chórem. A tymczasem czekam na kolejny, trochę dłuższy album.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza