Iron Maiden - "The Book of Souls" - recenzja

Iron Maiden The Book of Souls recenzja
Data premiery: 4.09.2015
Wydawca: Parlophone 

Aż pięcioletnie oczekiwanie na nową muzykę zespół Iron Maiden postanowił wynagrodzić fanom z nawiązką, wydając podwójny album, który trwa w sumie 92 minuty. Ale czy ilość przekłada się w tym przypadku na jakość? Zaczyna się bardzo ciekawie i nietypowo jak na Maiden – w intro do „If Eternity Should Fail” słyszymy tylko klawisze i wokal. Potem dołącza reszta instrumentów. Zamiast szybkiego, krótkiego otwieracza tak jak na większości płyt Ironów, mamy ośmiominutowy utwór, który rozkręca się powoli, dopiero od 5 minuty nabiera szybszego tempa. Końcówka jeszcze bardziej nietypowa niż początek – przetworzony wokal na tle gitary akustycznej. Pomyślałem sobie od razu, że ten numer pasowałby bardziej na solową płytę Bruce’a Dickinsona. Dopiero później dowiedziałem się, że w całości został stworzony przez Bruce’a i to właśnie z myślą o solowym albumie. Ale to dobrze, że znalazł się ostatecznie na krążku Dziewicy, bo choć nie zachwyca, to wprowadza już na samym początku sporo świeżości. 

Dalej mamy singlowy „Speed of Light”. Tradycji stało się zadość i na singiel został wybrany jeden z najsłabszych kawałków na płycie. Ja rozumiem, że utwór singlowy musi być prosty i krótki (ten trwa wprawdzie 5 minut, ale jest jednym z trzech najkrótszych na „The Book of Souls”) , problem w tym, że powinien być również chwytliwy, a Ironi nie mieli singlowego hitu od czasów „Wicker Man”, czyli od 15 lat. W zamian grają coraz bardziej progresywnie. Chociaż nie jest to progresywność w stylu „Alexander The Great”, „Seventh Son of a Seventh Son” czy „Sign of the Cross”, gdzie poszczególne motywy zmieniają się bardzo dynamicznie. Tym razem Ironi rzadko serwują nam zaskakujące zwroty akcji. Mimo że aż trzy utwory na „The Book of Souls” trwają ponad 10 minut (a jeden aż 18), to żaden z nich nie przypomina klimatem ani strukturą wspomnianych kawałków. Kompozycje płyną powoli, jakby nikomu nigdzie się nie śpieszyło. 

Numer trzy, czyli „The Great Unknown”, również nie zapada w pamięć. Typowy dla zespołu spokojny początek i takie samo zakończenie plus bardzo przeciętny środek sprawiają, że kawałek po prostu przelatuje bez przykuwania jakiejkolwiek uwagi. Znacznie ciekawszy pod tym względem jest „The Red and the Black”. Mimo że zastosowano tu ten sam patent, czyli taki sam początek i koniec, to jednak sam motyw spinający utwór klamrą nie jest czymś, czego można by się spodziewać po Harrisie (bo to on jest jedynym autorem tej kompozycji). Cała reszta już tak, zwłaszcza chóralne „uoooo” kojarzące się z „The Wicker Man” czy „Heaven Can Wait”. To chyba najbardziej ironowy numer, stworzony jakby specjalnie pod koncerty, chociaż nie wiem, po co trwa aż 13 minut, zwłaszcza że 6 minut to wyłącznie solówki i riffy, które oddzielają od siebie poszczególne sola. W pewnym momencie robi się to nużące. Ludzie na stadionie pośpiewają sobie „uoooo”, a potem mogą iść na papierosa albo po piwo, niech gitarzyści się wyżyją, a fani i Bruce (który siłą rzeczy też ma 6 minut przerwy) wrócą na samą końcówkę, żeby jeszcze raz wspólnie odśpiewać „uoooo”. 



Najszybszy w zestawie „When the River Runs Deep” przypomina „Man on the Edge” (podobne tempo i główny riff), z kolei klawisze pojawiające się w pewnym momencie w tle robią klimat „Seventh Son…”. Jednak o autoplagiacie można mówić dopiero w przypadku „Shadows of the Valley”, który zaczyna się jak „Wasted Years”, a w zwrotce kopiuje refren z „Fallen Angel”. Wcześniej mamy numer tytułowy, który jest jednym z najlepszych utworów na albumie. Kroczące tempo, podniosły wokal i mocno wyeksponowane klawisze tworzą dość patetyczny nastrój, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu – za to właśnie kochamy Żelazną Dziewicę. Następujący po nim szybszy „Death or Glory”, choć niczym specjalnym się nie wyróżnia, to jest tu potrzebny, bo trochę brakuje tu takich żywszych momentów.

„Book of Souls” kojarzy mi się trochę z „Brave New World” – tam też było niby typowo maidenowe granie, ale jednak odświeżone, spokojniejsze, dojrzalsze i bez efektu odgrzewanego kotleta, jak to często w przypadku Dziewicy bywało. Owszem, czasami przemknie jakiś znajomy motyw, ale kompozycje są na tyle rozbudowane, że dla całości nie ma to większego znaczenia. Z kolei swoim stonowaniem nowe dzieło przypomina nieco „The X Factor”. Na obu albumach dominują bowiem raczej wolne tempa i smutny nastrój. Ale o ile na „X Factor” nie stanowiło to większego problemu, o tyle tutaj z racji długości, można by oczekiwać większego zróżnicowania. Po następujących po sobie spokojnych „Tears of a Clown” i „Man of Sorrows” (zdecydowanie lepszy był utwór o tym samym tytule, zamieszczony na solowej płycie Dickinsona) robię się lekko znudzony. Przydałby się chociaż jeszcze jeden szybszy kawałek pod sam koniec, żeby potem odpowiednio smakować finałowy „Empire of the Clouds”. Informacja o czasie trwania tego utworu wzbudziła przed premierą sensację, ale też i obawy, czy Brytyjczycy nie przedobrzą i nie zanudzą. Nic z tych rzeczy. Najdłuższe w karierze Iron Maiden, trwające aż 18 minut nagranie (znów w całości autorstwa Dickinsona, który wykonał na tym albumie najlepszą robotę) zaczyna się bardzo spokojnie – na pierwszym planie oprócz wokalu są fortepian i smyki. Gdy następuje przejście i tempo się zmienia, okazuje się, że minęło już 7 minut, a ja się zastanawiam jakim cudem. Kolejne minuty mijają równie szybko i trudno byłoby coś ująć z tej kompozycji. Za to z innych jak najbardziej. 

Można było spokojnie upchnąć ten materiał na jednym krążku, przycinając tu i ówdzie i rezygnując z jednego czy dwóch utworów. Myślę, że wyszłoby mu to tylko na dobre, a może i recenzja byłaby wtedy krótsza. Z drugiej strony, nie ma co narzekać na to, że dostaliśmy tyle muzyki, tym bardziej że – poza nielicznymi wyjątkami – ilość idzie w parze z jakością. A że nie jest to już takie granie jak w latach 80., to już inna kwestia. Muzyka zawarta na „The Book of Souls” jest dostojna, jak przystało na panów pod sześćdziesiątkę. Tak, zespół się starzeje, ale starzeje się pięknie.

Mimo że żaden utwór nie wbija się w pamięć tak, żeby chcieć słuchać go na okrągło (a na każdej poprzedniej płycie był przynajmniej jeden taki kawałek), to jako całość „The Book of Souls” jest bardzo przekonujące. Iron Maiden udowadnia, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i wciąż ma coś ciekawego do zaoferowania. Ciągle też stara się poszukiwać i wykraczać poza bezpieczną przystań, chociażby poprzez nietypowe wstawki i wzbogacenie instrumentarium o akustyczne gitary, klawisze, fortepian, instrumenty smyczkowe i dęte – to niby tylko smaczki, ale niezwykle istotne, bo wprowadzają powiew świeżości i świadczą o tym, że zespół, który niczego nie musi już udowadniać, wciąż chce i potrafi udoskonalać swoją muzykę. A ten album, mimo że z najlepszymi dokonaniami równać się nie może, zdecydowanie potwierdza klasę grupy. 




Iron Maiden - koszulki









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz